Menu

Żukoteka - recenzje książek

Żuk czyta książki

Ile o nas mówią nasze kości? „Trupia farma. Nowe śledztwa” Bill Bass i Jon Jefferson

zukoteka

Jesteśmy rozpoznawalni po tym jak wyglądamy. Ale niewielu z nas wie, że także nasze kości są wyjątkowe. Kształt czaszki, urazy, które przebyliśmy w dzieciństwie, wypełnienia w naprawianych zębach. To wszystko jest cenne dla antropologii sądowej. Witajcie na Trupiej Farmie.

Bill Bass Jefferson Jon Trupia farma

 

Ludzkie ciało ma wiele do powiedzenia także po śmierci. Wygląd zwłok, ich zapach lub ułożenie mogą szybko doprowadzić do sprawcy morderstwa lub miejsca, w którym zostało ono popełnione. Tam, gdzie nie radzi sobie patolog sądowy, tam wkracza antropolog, którego zadaniem jest zbadanie kości denata. Za to entomolog zajmie się owadami, które tłumnie gromadzą się w miękkich tkankach zmarłej osoby. Wszystkie czynniki mogą mieć wpływ na to jak umieramy i gdzie. Grunt to wiedzieć, jak je wykorzystać w rozwikłaniu śledztwa.

„I choć niemal zawsze identyfikacji ciała czy szkieletu (albo czaszki) towarzyszy smutek najbliższych, pozwala ona również zamknąć pewien etap i daje okazję – choć bolesną – by przejść ze stanu niepewności i chaosu do żałoby, rozwiązania i rozpocząć powrót do normalnego życia.” [s. 47]

Trupia farma – o co w tym chodzi?

Polskie określenie tego bezprecedensowego naukowego procesu zupełnie nie przypadło mi do gustu. Z reguły mówimy o kimś zmarły, rzadziej trup. To określenie w naszym języku brzmi bardziej pejoratywnie niż słowo „body” po angielsku. Corpse farm – prawda, że niekoniecznie byśmy chcieli tam zaglądać? Ale Body farm  to już zupełnie inna bajka. Aż nas tam ciągnie! W Ameryce większego rozgłosu nabrała po ukazaniu się książki Patricii Cornwell „Body farm”. W tej książce główny lekarz sądowy, Kay Scarpetta, dzięki odwiedzeniu Trupiej Farmy dowiaduje się wielu istotnych informacji potrzebnych do rozwiązania sprawy.

Trupia farma to projekt-dziecko właśnie antropologa Billa Bassa. Założona w 1972 roku w amerykańskim Knoxville jest miejscem, w którym badane są czynniki mające wpływ na śmierć człowieka. Z początku trafiały tam wyłącznie zwłoki, o które nikt się nie upomniał z kostnicy. Teraz większość z leżących tam ciał została ofiarowana na cele medyczne, celowo do Trupiej farmy. Powód jest prosty – ludzie chcą, aby ich ciała po śmierci, nadal mogły przyczynić się do czegoś dobrego.

„Czerwie, czyli larwy much plujek, zwykle odgrywają bardzo ważną rolę w procesie rozkładu ludzkiego ciała, zjadając (jak wynika z badania przeprowadzonego na Trupiej Farmie) do osiemnastu kilogramów tkanki miękkiej dziennie.” [s. 97]

W „Trupia Farma. Nowe śledztwa” autorzy opisują jaki wpływ miał ten projekt na rozwój medycyny sądowej. To fascynujące miejsce pozwoliło chociażby na stopniową ekspansję entomologii sądowej, czyli badania owadów, które żerują na zwłokach. Bill opisuje jak wielki wkład ma ta dziedzina dla określania między innymi czasu śmierci czy odnajdywania narzędzia zbrodni. Dla każdego fana medycyny sądowej, który wie, że CSI to tylko mrzonki, „Trupia Farma. Nowe śledztwa” będzie pozycją idealną.

 

CSI – ułamek prawdy, ale szkodzi czy pomaga?

Seriale pokroju CSI świetnie się ogląda. Trwają niecałą godzinkę, sprawa jest rozwiązana. Można? Nie bardzo. Niektóre sprawy potrafią ciągnąć się miesiącami i nadal pozostać nierozwiązane na całe lata. Mamy przecież także kryminalne zagadki typu cold case, które wydają się na obecny czas nie do rozgryzienia. Najgorsze w przypadku tzw. efektu CSI, to oczekiwania jakie mają ludzie od wymiaru sprawiedliwości i lekarzy sądowych. Ani badania DNA, ani sposób przeprowadzania przesłuchań, nie są rzeczywiste w tych produkcjach. Śledztwo zajmuje czas. Często trafia się na aspekty wymagające konsultacji. Czasem trafia się na kompletny brak możliwości posunięcia śledztwa dalej. Kiedy indziej próbuje się znaleźć jakikolwiek dowód, wracając do sprawy po x latach. Ale to wtedy nie oglądałoby się równie dobrze, prawda?

„Wbrew temu, co pokazują programy i filmy w rodzaju CSI, analiza DNA może trwać kilka tygodni lub nawet miesięcy i kosztować tysiące dolarów.” [s. 40]

CSI ma swoje plusy – pokazuje jak powinniśmy zachować się na miejscach zbrodni, więc budzi większą świadomość. Jednocześnie jednak pokazuje wiele metod, którymi można uniknąć sprawiedliwości. Każdy kto będzie chciał popełnić zbrodnię, to i tak ją popełni. I oglądanie lub nie takich ekranizacji raczej nie będzie miało na to wpływu.

Trupia farma – czy dla każdego to dobra lektura?

Czytałam wcześniej książkę autorstwa Billa Bassa i Jona Jeffersona pt. „Devil’s Bones” z cyklu „Body farm”. Wykreowany tam charakter – Bill Brockton, był bardzo wiarygodnym antropologiem sądowym. Podejrzewam, że jest w dużej mierze fikcyjną kreacją samego Billa Bassa. „Trupia Farma. Nowe śledztwa” to dla odmiany książka zupełnie naukowa, ubrana w spójne rozdziały o rozmaitej tematyce.

Dostajemy opisy dotyczące entomologii i jej wpływu na rozwikłanie spraw. W innym rozdziale dowiadujemy się, jak po latach można uzyskać nowe dowody w śledztwie, które poprzednio utknęło w martwym (sic!) punkcie. Bill porusza też ważny temat informatyzacji i automatyzacji niektórych pomiarów, które ułatwiają pracę, ale nie zawsze będą odpowiednie dla danej sprawy. Wszystkie części „Trupiej Farmy” pokazują, że antropologia to dziedzina, której rozwój wymaga ogromnej cierpliwości, lat badań i umiejętności dokonywania odpowiednich pomiarów we właściwym kontekście. I to wszystko w niespełna 300 stronach fascynującej drogi przez różne śledztwa.

Wszystkie pozycje autorstwa Kathy Reichs, Tess Gerritsen, czy właśnie tę książkę Bassa i Jeffersona, czytałam po angielsku. Na polskim rynku stały się one popularne dopiero około 5-6 lat później, ale nigdy nie mogłam się przemóc do czytania w rodzimym języku. Wyjątek stanowi Simon Beckett, którego książki po polsku po prostu trafiły do mnie przypadkiem. Dlaczego po angielsku? Z racji tego, że na rynku było ich jak na lekarstwo to po pierwsze. Po drugie angielski wydaje mi się naturalny dla medycyny sądowej. Angielski i język łaciński oczywiście. W naszych tłumaczeniach kości są zazwyczaj już nazywane po polsku, natomiast po angielsku najczęściej dla kości używane są nazwy łacińskie. To mnie ujęło i ujmuje do dziś.

Bill Bass ma swoiste poczucie humoru i to widać w tych książkach:

„Szerokie smugi krwi i tkanki znaczyły miejsce, gdzie uderzyła głowa kobiety. Brakowało górnej części czaszki, a mózg leżał ponad metr dalej, obok kasety z bożonarodzeniowym filmem Here comes Santa. Na okładce kasety widniał bajkowy pociąg, który uśmiechał się do mnie zza mózgu.” [s. 81]

Każdy sobie radzi jak umie z tym co przychodzi mu widzieć. Medycyna sądowa to bardzo trudny temat, a zwłoki nie wydzielają fiołkowych zapachów ani nie przypominają niebiańskich krajobrazów. Humor jest jedną z reakcji, która ratuje przed wszechogarniającym smutkiem, w który można by bez trudu popaść zajmując się tym obszarem wiedzy.

Podsumowując, „Trupia Farma. Nowe śledztwa” to dobrze napisany zbiór spraw, które prowadził w swojej karierze antropolog Bill Bass. Opisuje on nie tylko te udane śledztwa, których rozwiązanie przyniosło mu rozgłos, lecz także te smutne, których brak szczęśliwego zakończenia wywołuje zawodową i osobistą frustrację. Książkę czyta się błyskawicznie, a dzięki dobremu podziałowi na tematyczne rozdziały – można ją dawkować, gdy nie ma się zbyt wiele czasu. Doskonała dla amatora medycyny sądowej, którego nie zadowala zwyczajny kryminał z minimalną ilością udziału kostnicy. W sam raz dla nowicjuszy, którzy dopiero zanurzają się w ten świat, bo Bill Bass umie precyzyjnie wyjaśniać opisywane zagadnienia. Polecam!

P.S.

Ogromny plus za rysunki i słowniczek na końcu książki.

© Żukoteka - recenzje książek
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci