Menu

Żukoteka - recenzje książek

Żuk czyta książki

Postapo inaczej czyli „Czarownica znad Kałuży” Artura Olchowego

zukoteka

Jaki byłby świat, gdyby zabrać mu wszelkie udogodnienia nowoczesnej medycyny i nauki? Co stałoby się z ludźmi, którzy nie znaliby czasów, gdzie wszystko było na wyciągnięcie ręki? Artur Olchowy kreuje świat, w którym uczymy się żyć od nowa.

Czarownica znad Kałuży Artur Olchowy Genius Creations

Okartowo, niewielka wieś na Mazurach. Panuje tu powszechny analfabetyzm i wiara w zabobony. Wiara triumfuje nad nauką. Ta druga niemal zamiera – z braku warunków i ludzi, którzy mogliby ją przekazać. Świat, który znamy przestał istnieć. Bomby siejące spustoszenie i drony wypuszczające broń biologiczną skutecznie wyeliminowały większość ludzi. Brakuje mi tutaj jasnego określenia, czy dotyczyło to tylko Polski, czy w ogóle całego świata. Bez tego nie umiem umiejscowić sobie tej rzeczywistości tak, jakbym potrzebowała, aby czerpać większą przyjemność z lektury. Niemniej - krótko mówiąc – świat jaki znacie nie istnieje. Duże skupiska ludzi przyciągały zabójcze drony, a prawdziwy przeciwnik nigdy tak naprawdę się nie ujawnił. Nie było przemarszu obcych wojsk i zajmowania terenów. Taka dziwnie niepotrzebna ta wojna. Wojna przyszłości? Ot tak, dla samej radości zabijania?

W Okartowie mieszka Koślawa, czarownica, która jednocześnie jest wyklęta i niezbędna. Wyklęta, bo przecież w czarodziejski sposób sprawia, że ich zdrowie się polepsza. Ma kozę, z której pomocą z pewnością odprawia rytuały piekielne. A niezbędna, bo bez niej życie stałoby się tragicznie nieznośne. Kto by mówił ludziom, że ręce należy myć, tak samo jak krowy przed dojeniem? Do kogo by można przyjść ze wstydliwym problemem, gdy swędzi to i owo?

Koślawa pamięta czas przed wojną. Te, w których były uniwersytety, można się było kształcić w dowolnym kierunku, a na świecie panował względny pokój. Musiała dla swojego dobra zapomnieć o tym jak było i nauczyć się żyć w czasach „po”. Tu nie ma lekarstw, trzeba samemu je robić. Nagle należy sobie przypomnieć same podstawy, gdzie zioła ratowały z wielu przypadłości, a prosta higiena zapewniała dłuższe życie. Pech chciał, że Koślawa ma już osiemdziesiąt lat i nie będzie żyła wiecznie. Komuś należy tę zdobytą wiedzę przekazać, aby dalej leczył ludzi. By udało się przeżyć kilkadziesiąt następnych lat. Czy młody syn gospodarza Staszka podoła naukom czarownicy?

"Bo ostatnia wojna była ludobójstwem, niczym więcej. Bomba wystrzelona z Bliskiego Wschodu lub z Syberii – kto to wie? – dwa miliony ofiar. Bezzałogowe drony krążące między budynkami – populacja minus sześćdziesiąt procent. Wtórne epidemie wskutek gwałtownego pogorszenia warunków sanitarnych – co drugi z pozostałych przy życiu do piachu. Nie ma wojny, jeśli nie ma wroga." [s. 113]

Nauka versus wiara czyli powrót do przeszłości

Artur Olchowy stworzył w „Czarownicy znad Kałuży” bardzo wiarygodny świat w miniaturowej wersji pod postacią wsi Okartowo. Fabuła usytuowana na wsi dyktuje obecny sposób życia ludzi. Cofamy się do czasów, gdzie ksiądz miał najwięcej do powiedzenia. Nawet gdy nie miał racji. Jestem prawie pewna, że ten stan rzeczy nadal ma się dobrze w niektórych polskich wsiach. Zdesperowani ludzie potrzebują w coś wierzyć. To wiara pozwala im na uspokojenie zszarganych nerwów. To wiara bardzo często wyznacza ogólny kierunek życia.

Autor książki świetnie obrazuje to, jak wielki wpływ ma religia na ludzi. Jak wielką motywacją potrafi być wieczne zbawienie lub srogie potępienie w piekle. W takich sytuacjach każda msza staje się swoistą mantrą ku lepszemu życiu. A dla księdza każda msza jest idealnym narzędziem do realizacji własnych celów. Bo jakże to – mieszkać w jednej wsi z czarownicą? Która ma KOZĘ?! Koślawa reprezentuje to, co pozostało z nauki. Próbuje pomagać ludziom według tego co pamięta ze szkoły i tego, co znajduje w książkach. Jest ona symbolem nauki, która wiele musiała przechodzić przez zamknięte horyzonty myślowe. Można wierzyć, sęk w tym, aby nie ufać na ślepo we wszystko co się słyszy.

„Otóż piekło jest pełne diabłów stosujących wymyślne kary cielesne, a przy tym pożyteczne, jak oranie pola pazurami aż skóra schodzi z palców czy łowienie węgorzy wchodzących w zanurzoną w wodzie dupę i wyżerających flaki. Niektóre męki mocno zahaczały o dziedzinę Freuda, na przykład cały katalog dziwnych zabiegów, które można przeprowadzić na penisach.” [s. 102]

 

Urozmaicenia dla czytelnika

Bardzo podobały mi się przypowiastki i anegdotki na początku rozdziałów. Raz krótsze, raz dłuższe, skutecznie urozmaicały lekturę powieści. „Czarownica znad Kałuży” jest obszerną powieścią, ale te wtręty oraz podział na sensownie prowadzone rozdziały sprawia, że nie odczuwa się wielkości tej książki w sposób negatywny. Powiem więcej - jeśli nie czujecie na początku weny na dalszą lekturę - spróbujcie przeczytać wszystkie hurtem. Gwarantuję, że wciągnie bez reszty. 

Co więcej, jak przystało na anegdotki, część z nich bawiła, a druga część wywoływała refleksje. Niektóre wywołują uśmiech na twarzy z powodu głupoty jaka jest w nich prezentowana. Inne smucą, bo pokazują jak wiele potrafimy zrobić z chciwości. Wszystkie fragmenty są oddzielone stylistycznie kursywą, ale ich styl pisania różni się od całej fabuły, więc i bez tego można je spokojnie odróżnić. Bardzo dobry pomysł na zbudowanie klimatu i wciągnięcie czytelnika w stworzony świat. Przecież to samo robiła Biblia za pomocą przypowieści – pokazywała nam, że istniał jakiś świat ze swoimi historiami.

„Dawno temu stary Lemańczyk wysłał syna na targ do Okartowa. W drodze, na rozstaju, chłopak zobaczył czarnego cielaka. Pomyślał, że pewnie zwierzak z wioski przybiegł, bo już było blisko, a że ojciec porządnie syna wychował, to ten wsadził bydlaczka na wóz i ruszył dalej. Po jakimś czasie dotarł do małego pagórka przed zagajnikiem i okazało się, że konie nie chcą iść naprzód. Młody Lemańczyk pomyślał, że może tam wilki jakieś czyhają czy inne rysie, dlatego skręcił w stronę Kałuży, żeby ominąć las brzegiem. Ale przed kolejną górką konie znów się zatrzymały. Na wozie nie miał nic ciężkiego, dlatego uznał, a głupi nie był, że to cielak, choć przecie przed chwilą go na wóz wsadził bez niczyjej pomocy. Ale teraz, faktycznie: jak go próbował podnieść, to się nie dawało. W końcu poszedł w zagajnik, zerwał witki brzozowe i taką rózgą przegonił diabelskiego bydlaczka. Kiedy cielak zeskoczył, to konie od razu ruszyły. Potem chłopak jeszcze się za nim obejrzał, ale już tam nic nie było. Tylko jakiś chichot szedł z wiatrem od uroczyska.” [s. 141]

 

„Czarownica znad Kałuży” nie oczaruje każdego

Ta powojenna wizja świata będzie dobra dla czytelnika szukającego wyzwania. To nie jest prosta i wyłącznie rozrywkowa powieść o starej wiedźmie. Na każdym kroku widzimy przekrój społeczeństwa, które zostało zdziesiątkowane wojną i musi radzić sobie od nowa. Autor pokazuje szczegółową rzeczywistość, w której ksiądz ma bardzo ważne zadanie oświecenia ludności. Widzimy jak ważna jest umiejętność oporządzenia gospodarstwa. Dla ułatwienia zrozumienia trudnych aspektów życia ludzie wracają do wierzeń w demony i piekło. Skuteczniej to przekonuje niż cudowne niebo.

Mamy sołtysa, który powinien mieć siłę przekonywania i zjednywania sobie ludzi. Mamy gospodarzy, którzy zdobywają pożywienie. I wreszcie mamy Koślawą, która mimo sędziwego wieku nadal przekazuje swoją wiedzę i umiejętności. Z łatwością można sobie wyobrazić  postapokaliptyczny świat. 

Artur Olchowy jest zaangażowany w promocję gatunków literackich, które nie należą do mainstreamu. Do tej pory literacko zatrzymywał się na poziomie prowadzenia bloga, pisania opowiadań i innych krótkich form do poczytania. „Czarownica znad Kałuży” to jego debiutancka powieść. Przyznam, że wpadł od razu na głęboką wodę. Powieści postapokaliptyczne powoli robią się u nas coraz bardziej popularne. Ale seria STALKER czy mroźne powieści Pawła Kornewa delikatnie podążają w kierunku bardziej fantastyczno-naukowym niż wiarygodnym. Czyta się je przyjemnie, bo masochistycznie uwielbiamy powieści o własnej zagładzie.

Natomiast świat Artura jest zwykły. To nasza polska wieś w warmińsko-mazurskim, która istnieje i ma się dobrze. To nasze głupie zabobony o demonach w ciele kozy i szarlatańskich metodach znachorów. Takie dobre polskie postapo!

 

Podsumowując, nie bez znaczenia był dla mnie także fakt, że książkę polecał Marcin Podlewski, którego space operę „Głębia” uwielbiam. Już sama jego rekomendacja wystarczyła, abym wiedziała, że mam przed sobą książkę, która nie jest może łatwa w obejściu, ale ma drugie dno. Tę drugą warstwę „Czarownicy znad Kałuży” warto poznać. Obyśmy mieli więcej tak zdolnych polskich autorów!

Lepiej się ubezpieczyć na wypadek takiej "Przesyłki" - Sebastian Fitzek >

< Wyniki Book Tour z "Trzecią" Magdy Stachuli!

© Żukoteka - recenzje książek
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci