Menu

Żukoteka - recenzje książek

Żuk czyta książki

Alchemik Rudnicki i wasze priewoschoditielstwo Samarin znów się spotykają w wojennej scenerii w "Namiestniku" Adama Przechrzty

zukoteka

Olaf Rudnicki nabrał pewności siebie. Uczy się słów mocy, praktykuje alchemię i wydawałoby się, że żyje spokojnym życiem w swoim hotelu. Pech chciał, że Rosjanie o nim nie zapominają, a raz złożona obietnica okazuje się trudna do spełnienia. I nie pozostaje nic poza - słuszajus', Wasze Wieliczestwo!

Adam Przechrzta Namiestnik Fabryka Słów

 

W pierwszej części serii Materia prima - "Adepcie" - poznaliśmy całą paradę bohaterów, którzy żyją w świecie, gdzie magia przeplata się z rzeczywistością. W wersji bardzo nietypowej, bo mającej swoje emanacje w obszarach, które nazywane są Enklawami. Warszawa ma swoją, Petersburg ma swoją i pewnie inne miasta również je mają. Czytelnik, razem z postaciami drugo- i pierwszoplanowymi skupia się na tych dwóch miastach. Jak przystało na magiczne miejsca, żyją tam równie magiczne stwory, które niekoniecznie lubią ludzki gatunek. Wiadomo, jesteśmy raptem chodzącą padliną. Jak wszystkie zakazane strefy, tak i ta przyciąga chętnych do jej eksploracji. Tę chęć znacznie zwiększa fakt, że można w Enklawach znaleźć składniki, które wzmacniają preparaty alchemiczne. 

To w "Adepcie" pierwszy raz krzyżują się drogi alchemika Olafa Rudnickiego z rosyjskim oficerem Aleksandrem Samarinem. Względnie spokojne życie Olafa nabiera rumieńców większych niż sporadyczne wyprawy w poszukiwaniu składników alchemicznych! Ale szczegółów nie ma co zdradzać - "Adepta" naprawdę warto przeczytać! I koniecznie przed "Namiestnikiem". To ten cykl, który należy czytać zgodnie z chronologią. 

Pełną recenzję "Adepta" Adama Przechrzty znajdziecie tutaj.

Lądujemy w Warszawie pod okupacją niemiecką. Życie wydaje się znośne, jeśli wziąć poprawkę na niesfornych oficerów ze znajomościami na wysokich szczeblach. Azyl, hotel Olafa Rudnickiego, jest doceniany za otaczającą go aurę bezpieczeństwa. Wszak na Przeklętych nawet i srebrne kule mogą nie poradzić. Granice Enklawy niebezpiecznie się rozszerzają, a jej ekosystem wydaje się czekać, aby się z niej wydostać. Wyprawy w poszukiwaniu materia prima stały się niezwykle trudne i kosztowne w realizacji. W końcu nie każdy ma samochód pancerny - należy pamiętać, że żyjemy w czasach I wojny światowej - automobile nie są tak powszechne. A tym bardziej pancerne i w dodatku z sołdatami w środku!

Jakby tego było mało, alchemik do tej pory starał się nie mieszać w politykę żadnej ze stron, ale, podobnie jak Wiedźmin, w końcu musi wybrać z kim będzie trzymał i ponieść konsekwencje swoich decyzji. A to wszystko okraszone niewymuszonym poczuciem humoru, które co i rusz wywołuje w czytelniku niepohamowane napady śmiechu tudzież sarkastyczne uśmiechy pod nosem.  

"Kapitan Hoffmann nie po raz pierwszy inicjuje bezsensowną awanturę, z tego właśnie powodu dwukrotnie go przenoszono do innej jednostki. Jest, jak to wy, Polscy, mówicie...fiut na dupie?

- Wrzód na dupie - poprawił z kamienną twarzą Rudnicki.

- Frzut na dupie - powtórzył z upodobaniem von Beseler. - Teraz dobrze?" [s. 17]

Bon ton w wykonaniu Marii Pawłownej, tak toczno

W "Adepcie" dało się odczuć władczy i jednocześnie tak przyjazny charakter Marii Pawłownej. Była osobą, którą chciałoby się mieć za swoimi plecami równie mocno jak Panzerzug. Olaf Rudnicki nie mógł marzyć o lepszej "babci". Maria Pawłowna uwielbia Olafa niemal tak samo jak Samarina. Patrząc na jej relację z Józefem, ma chyba słabość do przystojnych i dobrze wychowanych Polaków, z cynicznym poczuciem humoru. 

Jakiejkolwiek słabości Maria nie miałaby do Olafa, to nie ma takiej możliwości, aby nie znał on arystokratycznego bon ton. Wszelkie odstępstwa od dyplomatycznego savour-vivre są traktowane w najlepszym wypadku ustnym oburzeniem. A Maria Pawłowna nie może się denerwować. Co więcej, absolutnie nikt kto ją spotkał, nie śmiałby denerwować Marii Pawłowny. Z każdej sceny, w której jest ta postać, autentycznie widać ten szacunek, który każdy do niej żywi i to naprawdę piękne, że udało się to Adamowi Przechrzcie pokazać słowami. 

"Generał ukrył uśmiech, symulując atak kaszlu. Cokolwiek by się stało, zostanę pomszczony, skonstatował z rozbawieniem. Głobaczow może być zaufanym imperatora, ale jeśli podpadnie ciotce, jego życie pozasłużbowe stanie się jednym wielkim pasmem nieszczęść. A Maria Pawłowna w sztuce subtelnej manipulacji nie miała sobie równych." [s. 137]

Przeklęci czyli theokataratos

Anastazję znamy już z pierwszego tomu cyklu "Materia Prima" i mieliśmy wybór - albo ją polubić, albo znienawidzić. Obojętnie do tej postaci nie dało się podejść, bo jest bardzo specyficzna i ma duży wpływ na życie samego Olafa. Nie inaczej rzecz ma się w przypadku innych Przeklętych. Nie wszyscy są źli, choć wydawałoby się to oczywiste z ich natury. Można ich pętać przy pomocy Kręgu, co jednak zapewnia pozorną władzę, bo to w końcu tylko niewolnictwo, a nie brak chęci zabijania. 

Są wreszcie tacy Przeklęci, którzy przerastają nawet Anastazję. Ich moc jest potężna, potrafi wiązać innych theokataratos i nieść niesamowite zniszczenia dla zwykłych śmiertelników. Czy pomysł theokataratos, którzy nie są źli jest zły i wykorzystany do cna w literaturze? Nie sądzę. Nie jest to przedstawione w sposób czarno-biały. Oni zawsze pozostaną nieludźmi. Nigdy nie będą tak samo rozumieć naszego świata. Nigdy nie będzie można całkowicie im zaufać. Ich natura zawsze może wygrać i to jest podkreślane w książce co najmniej kilka razy. 

Bardzo podobała mi się kreacja Samaela. Z hebrajskiego Anioł Śmierci. Potężny Książę, który znajduje się w Petersburskiej Enklawie. Szczegółowo opisany wygląd, odpowiednia etykieta zachowania Przeklętych oraz sam język i moc sprawiają, że odbiorca "Namiestnika" wierzy w złowieszcze możliwości Księcia. Tym razem Enklawa jest naprawdę miejscem, którego należy się bać. 

 

Sigil, per procura i nowe słowa mocy

Prawie jak Planescape Torment! Brakuje tylko Pani Bólu. To tak zupełnie offtopic.

Słowa mocy można poznawać w Enklawie w bibliotekach. Adepci, którzy poznają słowo mocy mogą go potem używać. Niektóre słowa są bardzo przydatne, inne mniej. Olaf trafił na takie, którego wcale nie może rozgryźć, a brzmi ono: DASZ' DANTHAR. Prawda, że nawet jego brzmienie jest ciekawe? Pech chciał, że wydaje się być zupełnie bezużyteczne. Czy badania alchemika nad jego znaczeniem zwieńczą się sukcesem? Przekonacie się czytając "Namiestnika", bo nie mogę psuć niespodzianki!

Per procura, czyli z łaciny z upoważnienia lub w zastępstwie. Użyte przez Adama Przechrztę w bardzo intrygujący sposób w połączeniu z pewnym słowem mocy. Na początku niewyjaśnione zostaje jego pełne działanie, bo autor chce zaskoczyć czytelnika w najmniej oczekiwanym momencie. I muszę powiedzieć: udało się. Nie spodziewałam się akurat takiego zastosowania. Tylko Alberta szkoda :(

Sigil też pojawia się jako nowy element nauki magii w "Namiestniku". Anastazja odkrywa przed Olafem coraz to nowe możliwości. Uczy go jak rozpoznawać symbole i jak je w ogóle dostrzec. Skarb nie Przeklęta! Pieczęci to nowość, której nie było w "Adepcie" i przynoszą nowe problemy. Dla niewprawnego oka niewidoczne, potrafią stopniowo np. wysysać życie z osób, które znajdują się w ich pobliżu. Na nic zda się tu alchemia lub medycyna!

Adept, namiestnik - ile można pisać o alchemii i magii?

Ponad rok musieliśmy czekać na kolejną dozę przygód Rudnickiego i Samarina. Powiem jedno: było warto! A teraz przejdę do tego, dlaczego. Po pierwsze - świat wykreowany przez Przechrztę jest tak realny, że czytając kolejne strony "Namiestnika" faktycznie znajdujemy się w okrytej wojną Warszawie, w której w dodatku czai się jeszcze zagrożenie ze strony istot magicznych. To nie jest książka o alchemii jako skutku ubocznym. Tutaj naprawdę dostajemy konkretne formuły alchemiczne, przygotowanie preparatów i rozwój gildii alchemików! 

Po drugie, bohaterowie. Istnieje nikła szansa, że kogoś taki świat nie interesuje. Wtedy z pewnością zatraci się w bohaterach wykreowanych przez autora. Zarówno Olaf, jak i Samarin czy Anna są tak żywi, jak tylko żywi mogą być bohaterowie literaccy. Kibicujemy ich szczęściu, zabijamy w myślach ich wrogów i śmiejemy się z ich żartów. Adam Przechrzta w każdą postać włożył dużo serca i to widać. Wczuł się w pisane postaci, dopasował do nich tok myślenia i stylistykę ich wypowiedzi. Zupełnie inny jest Matuszkin, całkowicie odmienny Rudnicki. W tajemniczej Anastazji cały czas czuć chłód theokataratos mimo ludzkiej powłoki. 

Po trzecie, alchemia, broń, samochody pancerne i słowa mocy. To jest naprawdę klawe. Dla przykładu użyty w wyprawie do Enklawy Russo-Bałt to produkt Imperium Rosyjskiego wytworzony w ilości zaledwie 15 sztuk! Był wyposażony w karabin maszynowy, co tworzyło z niego idealną maszynę zniszczenia do wejścia na tereny niepewne, z możliwością ostrzelania i zasadzek. Czyli nie dostaliśmy dziwnie wytworzonych machin, niedostępnych w tamtym czasie, oj nie. Dostajemy dokładnie to, co było możliwe z ówczesną techniką. Alchemia Rudnickiego to zupełnie inna sprawa. 

Po czwarte, ilustracje. Zrealizowane przez Przemysława Truścińskiego oddają klimat książki. Nie są przesadne, nie są kolorowe i co najważniejsze - nie są cukierkowe. Często bardzo realistyczne, pokazujące wygląd Przeklętych, innym razem skupiające się na przeniesieniu emocji z fabuły. Dobrze wyważone, nie sugerujące odbiorcy postrzegania książki. Nie nachalne, a dopełniające obrazu stworzonego przez Adama Przechrztę. Panowie dobrani zostali idealnie!

Czego mi brakowało? Samarina i jego Omegi. Oni gdzieś tam są, walczą, ale to nie to samo! Niemniej rozumiem zamysł autora, bo nie o tym miała być ta część. Tutaj mamy więcej niuansów Polska - Niemcy - Imperium Rosyjskie. Nie tylko stricte politycznych, ale przede wszystkim ludzkich. Pojawia się dylemat, a co jeśli ja jestem Polakiem, my nienawidzimy Rosjan, a mój przyjaciel jest Rosjaninem? Czy będąc Polką mam prawo zakochać się w Rosjaninie? Jeśli wygrają, to czy mam go znienawidzić? Jego i całe jego przeklęte Imperium Rosyjskie? Takie problemy istniały i istnieją nadal w różnych połączeniach. I nie są wcale tak banalne, a tym bardziej nie były w tamtych czasach. 

"Namiestnik" porwał mnie bez jakichkolwiek uprzedzeń, podobnie jak "Adept". Mogę nawet nieśmiało zaryzykować, że sequel pobił prequel. Jednocześnie nie umiałam znaleźć w sobie tyle masochizmu, aby czytać go bez przerwy. Miałam dziwne przeczucie, że Adam Przechrzta zaserwuje mi śmierć któregoś z ukochanych bohaterów. Dlatego czytałam maksymalnie po jednym rozdziale dziennie. I to niestety też był czysty masochizm..."Namiestnik" to cudna powieść umiejscowiona podczas I wojny światowej, w której pokochacie Rosjan. Przechrzta ma podobnie jak Gołkowski czy Kornew - umie stworzyć takich bohaterów pochodzenia rosyjskiego lub niemieckiego, których chcielibyście spotkać, polubić i mieć przy sobie. Czekam z utęsknieniem na 3 tom - "Cień". 

Spójrzcie sami, Samarina nie da się nie kochać:

"Samarin spojrzał na nią z góry, po raz pierwszy w życiu żałując, że nie nosi monokla, ale efekt i tak musiał być zadowalający, bo stojące w zbitej grupie pielęgniarki cofnęły się o krok, a Trokina umilkła w pół słowa." [s. 275]

 

 

Wciągający thriller z orientalnym motywem czyli „Motyl i burza” Waltera Luciusa >

< Book tour z "Trzecią" Magdy Stachuli

© Żukoteka - recenzje książek
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci