Menu

Żukoteka - recenzje książek

Żuk czyta książki

Jak dużo jesteś w stanie nauczyć się na swoich błędach czyli „Belfer” Kateriny Diamond

zukoteka

Gdy zostają znalezione zwłoki dyrektora prominentnej szkoły w Exeter, przypuszczenia rozchodzą się jak ciepłe bułeczki. Może miał problemy finansowe? Czuł się samotny i targnął się na własne życie, wybierając to jako formę ucieczki? A wszystko ma ścisły związek z przeszłością i tajemniczą przesyłką, którą otrzymał przed śmiercią.

Katerina Diamond Belfer

 

Śmierć dyrektora od samego początku nie budzi zastrzeżeń co do swojej natury. Żadnych odcisków, śladów walki, zupełnie nic. Po prostu nie wytrzymał presji mówią. Sprawa przycicha aż do następnej zbrodni. Tak krótki czas pomiędzy przestępstwami może sugerować eskalację seryjnego zabójcy. Może też być zwykłym przypadkiem. Detektywi przydzieleni do tej sprawy - Imogen Grey i Adrian Miles będą musieli nieźle się natrudzić, aby odnaleźć sprawcę. Sami też odkryją jak cienka jest granica pomiędzy złem a dobrem.

Do przeczytania książki zachęciła mnie wzmianka o tym, że dobro i zło nie zawsze jest poprawnie rozróżniane w naszej rzeczywistości. Ostrzeżenie dla mocnych nerwów mnie nie przekonało - rzadko która książka jest w stanie pozbawić mnie mocnego snu. Aczkolwiek to bardzo przyjemne, gdy nie można zasnąć, bo za dużo refleksji pojawia się po lekturze. Taką cechę mają jednak trochę bardziej popularnonaukowe książki niż zapewniające rozrywkę kryminały.

Jakby tego było mało, Katerina Diamond w "Belfrze" ujmuje nawet delikatną materię taksydermii, czyli sztuki montażu i reprodukcji martwych zwierząt. Od kiedy pamiętam wypchane zwierzęta źle mi się kojarzą. Bardziej z przerażającym ich końcem niż pięknem ich wykończeń. Natomiast Diamond w postaci Abby, która zajmuje się wystawą zwierzęcą, przedstawia to jako uczczenie ich pamięci, a nie zbrodnię, której finałem są te wypchane i smutne istoty. Ta bardzo odmienna perspektywa pozwoliła na otwarcie jakiejś szufladki w mojej głowie p.t. "może jest inaczej niż twierdziła moja projekcja tego zjawiska". Duży plus za urozmaicenie fabuły kryminalnej w ten sposób i zgrabne połączenie wielości wątków. 

"Stojąc w strumieniu parującej wody, czuł na sobie wnętrzności (...). Nawet nie dotknął ciała, ale po raz pierwszy widział, jak człowiek wygląda wynicowany na drugą stronę z taką premedytacją, że tego obrazu nigdy nie usunie z pamięci." [s. 172]

Dobro versus zło? Nie! Lepsza jest rzeczywistość z odcieniami szarości

Autorka w "Belfrze" postawiła na inną kartę przetargową niż większość kryminałów. To sprawia, że ta książka jest naprawdę warta przeczytania! Nie mamy tutaj jednoznacznej linii dobro, czyli funkcjonariusze i cały wymiar sprawiedliwości, i zło, czyli osoby, które dopuściły się karalnych czynów. Rzadko kiedy w kryminałach współczujemy sprawcom. Czasami ich pobudki są wytłumaczone przeszłością i tym jak na nich wpłynęła. Ale to i tak nie niweczy zgorszonego zbrodnią odczucia, które ma odbiorca powieści kryminalnej.

W przypadku "Belfra" mamy znacznie więcej odcieni szarości aniżeli tylko jeden. Pojawiają się one zarówno w wymiarze sprawiedliwości, jak i wśród "zwyczajnych" bohaterów oraz sprawców. Nie ma jasnego podziału kat - ofiara i ten dysonans jest naprawdę cudowny! Naturalne wydaje się karanie złych i nagradzanie dobrych, a Katerine Diamond robi odbiorcy wodę z mózgu i ten nie jest już w stanie powiedzieć, czy naprawdę chce iść tą stereotypową ścieżką. 

 

Makabryczne zbrodnie dla amatorów wysublimowanych tortur

Katerina Diamond prezentuje kunsztowne tortury, które w nieuchronny sposób prowadzą do śmierci, ale w tak zwanym międzyczasie zapewniają "rozrywkę" głównemu zainteresowanemu. Te najgorsze chwile, które spotykają biedną ofiarę tuż przed śmiercią są najczęstszym powodem do czytania kryminałów, nie oszukujmy się. Tu nie chodzi o bohaterów ani świetnie zarysowaną linię fabularną, tu chodzi o strach i nieuchronny koniec! Adrenalina, jaką czujemy czytając o takich momentach jest niejednokrotnie większa niż doświadczamy w czasie całego naszego życia. Oczywiście nikt z nas nie chciałby przeżyć żadnej z opisanych sytuacji, ale czytanie o tym to zupełnie inna bajka.

Sceny, w których bohater jest rozrywany kawałek po kawałeczku, a jego nadzieja na uwolnienie gaśnie z każdą sekundą są jednocześnie zatrważającymi krew w żyłach i napędzającymi do czytania kolejnego rozdziału. Katerine Diamond dobrze oszacowała ilość ofiar na jedną powieść i wzbogaciła ich śmierć w głębszą historię, którą poznajemy bardziej z każdym kolejnym przypadkiem. Wyważenie elementów jest ważne w kryminałach - bez tego mogą stać się niskim horrorem klasy B, w którym krew leje się co drugą stronę. Tutaj się leje, owszem, ale układa się w z góry określone puzzle, które rozwiązują się przed zakończeniem książki. I wcale nie psują przez to przyjemności z czytania!

"(...) uniósł głowę, gdy mężczyzna zakładał mu ją (red. obrożę) na szyję i ułożył kolec między brodą a piersią, wysiłek, aby utrzymać głowę w górze, był wyczerpujący, w końcu gdy głowa mu opadnie, rany nie będą od razu fatalne, ale przedłużą cierpienie, a ból był ogromny (...). Widełki heretyków, tak to się nazywało, i to ostatecznie przyniesie mu śmierć." [s. 120]

 

Detektywi z krwi i kości

Poznajemy z grubsza cały zespół miejscowej policji. Widzimy problemy, z którymi muszą się mierzyć - oprócz przestępczości oczywiście! Wyróżnione zostają jednak dwie jednostki - detektyw Imogen Grey, przeniesiona z innego miasta oraz detektyw Adrian Miles, który wraca do pracy po przymusowym urlopie. Jak można się domyślić, żadne z nich nie miało łatwego życia, ale są świetni w tym co robią.

Imogen Grey została potraktowana ciut po macoszemu i to Adrian Miles gra w "Belfrze" pierwsze skrzypce. Dostajemy pewne wydarzenia również z perspektywy Imogen, dzięki czemu poznajemy pewien odcinek jej historii. Mam nadzieję, że w dalszych tomach będzie zaprezentowana szerzej, bo rysuje się jako twarda policjantka niczym Jane Rizzoli z książek Tess Gerritsen.

Adrian Miles to główna postać tej historii. Przymusowy urlop i sytuacja, która do niego doprowadziła nieźle dała mu w kość i czuje się nadal nieswojo po powrocie do pracy. Szczęście w nieszczęściu nowe zbrodnie odciągają go od ponurych myśli i pozwalają znów poczuć się pożytecznym i dobrym gliną. Czy Imogen jako jego partnerka będzie dobrze uzupełniać jego nadpobudliwość i chęć działania bez myślenia?

Dobry thriller psychologiczny i trzymający w napięciu kryminał w jednym

"Belfer" to debiutancka powieść Kateriny Diamond, która spokojnie zapewni rozrywkę na przyzwoitym poziomie dla nawet najwytrawniejszych fanów kryminałów. Sprawnie połączona wielowątkowość z dobrze rozwiniętą warstwą bohaterów oraz niecodzienność zbrodni tworzą mieszankę, z którą warto się zapoznać. Choć niektóre wątki mogłyby zostać opisane lepiej (np. Imogen Grey) to sądzę, że to był celowy zabieg, aby realizować ich rozwój w kolejnych tomach. 

A autorka wydała już dwie kolejne powieści - "The secret" oraz "The angel". Plus dla wydawcy zagranicznego za kontynuację motywu z obecnej okładki. Miejmy nadzieję, że w polskim wydaniu także zostanie zachowana ta stylizacja. Jest jednocześnie stonowana, sugeruje kryminalną fabułę książki oraz zachęca do kupienia.

Na duży plus zasługuje tłumaczenie w wykonaniu Wiesława Marcysiaka, które powoduje, że "Belfra", z jego makabrą i muzealnym klimatem, czyta się jednym tchem, bez zająknięć stylistycznych i dziwnych, niezrozumiałych metafor.

Podsumowując, „Belfer” to idealna pozycja na letnie popołudnie. Odpowiednio zmrozi krew w żyłach, aby w następnym rozdziale przyspieszyć tętno o kilkanaście dodatkowych uderzeń serca. Nie spędziła mi snu z powiek, ale wciągnęła wystarczająco mocno, abym dała sięgnęła po następne książki Kateriny. 

© Żukoteka - recenzje książek
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci