Menu

Żukoteka - recenzje książek

Żuk czyta książki

Wrócili Ci, którzy Odeszli czyli trzecia część polskiej space opery Marcina Podlewskiego "Głębia. Napór"

zukoteka

Ponownie zanurzamy się w odmęty Głębi. Bez ustanku walczymy o przetrwanie i usiłujemy nie zachłysnąć się Białą Pleśnią. „Głębia. Napór” to bardziej mroczna i jeszcze bardziej wypełniona akcją polska space opera Marcina Podlewskiego. Chwalmy Bladego Króla!

gbiaT3banner710x2492

Podobnie jak przy poprzedniej części, tak i teraz, idealnym soundtrackiem dla tej książki jest seria gier RPG Mass Effect. Tym razem zasłuchiwałam się w najnowszą część – Andromedę:

Naszych bohaterów spotykamy w mało sprzyjających okolicznościach. Tym tomem uderzamy w większe wydarzenia niż tylko załoga Wstążki Myrtona Grunwalda. Teraz to bohaterowie są tłem, istotnym oczywiście, dla galaktycznej intrygi, której konsekwencje będą trudne do zniesienia. Strumień staje się Synchronem, a mimo to nadal ludzka technologia nie umie dogonić Obcej i Maszynowej. Mamy za to ogromną zaletę: jesteśmy cynicznymi szelmami, gdy wymaga tego sytuacja.

Na uwagę zasługuje fakt przypomnienia na samym początku wydarzeń z pierwszego i drugiego tomu. Spoilery są nieuniknione w takim przypadku, ale bez tego czytanie trzeciej części mogłoby być ciut trudniejsze. Nawet dla tych, którzy czytali wszystkie poprzednie tomy. Osobom, które w ogóle nie czytały tej cudnej space opery, rekomenduję rozpoczęcie od pierwszego tomu – dużo stracicie czytając od trzeciego. Dlaczego? Bo Podlewski ciągle zazębia ze sobą masę szczegółów z życia poszczególnych bohaterów. Ta przeszłość jest bardzo istotna dla teraźniejszych zdarzeń i nie mniej ważna dla ekstrapolacji kolejnych.

„Głębia. Napór” jest podzielona na trzy części: Transgres, Wojnę i Srebro. Wszystkie są spójnym połączeniem teraźniejszości z przeszłością i sprawnie wiążą klamerką wszystkich bohaterów. Fanom Pin Wise spodoba się Transgres, w którym to ona jest przodowniczką całej historii. Dla amatorów Tsary Janis Wojna będzie najlepszą fazą Naporu. Zaś entuzjaści Kirke Bloom i Myrtona Grunwalda z radością przeczytają przede wszystkim Transgres i Srebro.

„Z reguły każde wskrzeszenie ze stanu stazy wygląda podobnie: wskrzeszany chwyta się życia, pragnąc do niego powrócić. Łapie swój pierwszy oddech zachłannie, jakby nie istniało nic oprócz pragnienia powstania. I trudno się dziwić. W gruncie rzeczy jest to przecież powrót z mroków śmierci, powrót zza pleśniowego grobu. Problem był tylko taki, że Harpago nie chciał zostać ożywiony.” [s. 144]

Przeszłość dogania naszych bohaterów

Pinsleep Wise w drugim tomie „Głębia. Powrót” była tylko szaloną dziewczyną, której świadomość błądziła czasem ku dobrej drodze. Co nie zmienia faktu, że zawsze była genialną astrolokatorką. W tym tomie mamy szansę poznać jej historię, która odkrywa wiele nieznanych wcześniej faktów i umożliwia dobre zrozumienie tej postaci i jej obłędu. Ten zabieg sprawia też, że można zacząć ją lubić, a z pewnością nabiera się do niej szacunku.

Myrton Grunwald jako główny bohater Wypalonej Galaktyki jest w „Głębi. Naporze” doganiany przez przeszłość Wstążki, czyli statku, który zakupił po taniości nie zważając na jego historię. Rzadko już sięga po ulubioną migdałową whisky, ale nadal może świadomie przechodzić przez Głębię. Może uda mu się to wykorzystać, by ratować swoją skórę?

Pojawia się także Tsara Janis, której nie lubiłam ze względu na Pokrakę w drugim tomie Marcina Podlewskiego. Trzeba tej bohaterce jednak przyznać, że wolę przeżycia ma lepszą niż maszyny czwartego stopnia! Poznanie jej historii wywołuje w odbiorcy ogromną falę empatii dla tej postaci i jednocześnie emocjonalny dysonans w związku z wcześniejszymi wydarzeniami  z jej udziałem. Co więcej! Dostajemy Tsarę Janis pełną miłości do swojego męża, gotową zrobić dla niego wszystko. To nic, że on od dawna nie żyje, prawda?

Doktor Harpago Jones, mimo okrutnego losu, pozostanie jedną z moich ulubionych postaci tej serii. Podobnie jak Kirke Bloom, której wcześniejsze przeżycia poznajemy bliżej w części trzeciej „Srebro”. Marcin nie boi się zabijać postaci, które czytelnik mógł darzyć ogromną sympatią. Jest to zjawisko godne podziwu z prostej przyczyny – jednocześnie dostajemy solidną dawkę akcji i emocji, które są równoważnym elementem zastępczym. Śmierć ulubionych postaci potrafi być druzgocąca i irytująca na tyle, by nie chciało się dalej czytać konkretnej powieści. W przypadku „Głębi” nic takiego nie ma miejsca. Wręcz współczujemy autorowi, że musiał ją uśmiercić!

„ – Boisz się – zauważyła Pinsleep. Głos miała zimny – Boisz się, że Obcy i Jedność ugryzą cię w te twoje pseudotransgresyjne dupsko.” [s. 240]

Drobne smaczki na początku każdego rozdziału

Wszystkie rozdziały w tym cyklu zaczynają się pewną dygresją. Czasem jest to czyjś monolog, czasem fragment jakiejś encyklopedycznej treści, a kiedy indziej mamy do czynienia z fragmentem przytoczonego przemówienia. Jeśli, drogi czytelniku, wcześniej nie zwracałeś na nie szczególnej uwagi, to polecam do nich wrócić. One wtłaczają w klimat Wypalonej Galaktyki. Dodają mu wiarygodności i dopełniają obrazu puzzli, które układamy sobie w głowie czytając poszczególne tomy. Dzięki nim wpadają nam do odpowiednich szufladek właściwe odpowiedzi. To w nich są zawarte definicje niektórych fenomenów, które po drodze spotykamy, a których wyjaśnienie w treści zajęłoby zbyt dużo miejsca i spowodowałoby zbyt długie rozciąganie fabuły. Same książki nie miałyby wtedy szans zamknąć się w 800 stronach.

Te wycinki pozwalają na wczucie się w atmosferę kosmicznej wojny, która wydaje się nie mieć końca. W nich odnajdujemy filozoficzne pytania, na które nie ma prostych odpowiedzi. To te wtręty zmuszają do refleksji nad całą powieścią. Gdybym miała oceniać „Głębię” po samych tych elementach, bez wahania dałabym jej najwyższą ocenę z możliwych.

Co więcej, po lekturze każdego tomu nigdy w życiu nie powiedziałabym, że Marcin dopiero zaznajamiał się z głębszą astronomią i zagadnieniami fizyki. Jaka może być lepsza rekomendacja?

Jak dokładna analiza potrafi stworzyć genialną space operę

Dokładny research dotyczący Drogi Mlecznej, jaki zrobił Marcin Podlewski widać w każdym tomie. Płynnie przeskakujemy z jednej gwiazdy na drugą, poruszamy się po różnych ramionach i mgławicach, widząc w tym spójną całość. Nie ma takiego odczucia, jakie następuje w wielu książkach sci-fi – nagle jestem w tym miejscu, potem tamtym, ale niekoniecznie umiem się odnaleźć w określonej dużej całości. Czasem taka całość w ogóle nie zostaje nam przedstawiona, a innym razem po prostu nie zwracamy na nią uwagi.

W przypadku wydarzeń z „Głębi” jest inaczej. Śledzenie drogi poszczególnych bohaterów ułatwia załączona do książki mapka. Ale i bez niej rozumiemy, że wszystkie przedstawione trasy mają sens. Nie wędrujemy z punktu A do punktu B w. Jesteśmy w konkretnej mgławicy, z której przeskakujemy do do innej mgławicy, a może konkretnego ramienia? Wszystko mamy podane na tacy - gdzie jesteśmy, jak usytuować naszą lokalizację na mapce i od razu rozumiemy, czemu bohaterowie trafili tutaj, a nie w zupełnie innym miejscu Wypalonej Galaktyki. 

 

Urlop z idealna książka ❤❤❤ #fabrykasłów #marcinpodlewski #głębia @fabrykaslow #sciencefiction #spaceopera

A post shared by Marta Zagrajek (@martazagrajek) on

Szczerze polecam każdemu amatorowi twardego science-fiction. Choć to space opera, to zakres fizycznych i astronomicznych terminów może odstraszyć tych, którzy wolą lekką lekturę. Z pewnością zachwyci czytelnika, który nie boi się wyzwań, uwielbia logiczną i wypracowaną do drobnego szczegółu wizję świata, który mógłby realnie istnieć.

Recenzję drugiego tomu – „Głębia. Powrót” – znajdziecie tutaj.

P.S.

Dedykację dla Nerwosola uważam za uroczą i w pełni zasłużoną.

 

© Żukoteka - recenzje książek
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci