Menu

Żukoteka - recenzje książek

Żuk czyta książki

Sołdat, polowania na zombiaki i wieczna niepewność Strefy czyli Krzysztof Haladyn powraca w mocnym stylu

zukoteka

 Aj waj ta Zona! Wracamy po roku czekania do świata wypełnionego mutrami i niebezpiecznego od groźnych mutantów. Krzysztof Haladyn wrzuca nas w wir wydarzeń i mamy wrażenie, jakby znalezienie lejtnanta z dziurą w głowie działo się wczoraj!Na skraju strefy 2 Krzysztof Haladyn

 mat. wydawnictwa Fabryka Słów

Na wstępie zachęcam do posłuchania klimatycznej muzyki, polecam cały soundtrack z filmu „Sicario”. Wyobraźcie sobie tunel, którego jedyne wyjście zostało zawalone, a na drugim końcu czeka wielka zżerająca wszystko anomalia. Nie ma drogi wyjścia, kończą się baterie w latarkach. Odnosi się wrażenie, że brakuje powietrza. Co zrobić, by przeżyć?

To nadaje się idealnie do przygód w mrocznej Zonie:

 

Sołdata i jego przyjaciół porzuciliśmy w pierwszym tomie w raczej nieprzyjaznych warunkach. Warunki osobowe zmniejszyły się o jedną osobę i jednocześnie przyrosły o jedną. Może Zona wie jak radzić sobie z żałobą? Inga, którą znamy już z pierwszego tomu, wraca, by podróżować u boku Sołdata. Tych dwoje łączy coś więcej niż chęć przetrwania, ale czy Zona ma w sobie empatię dla miłości?

Nasi przyjaciele wpadają w wir zdarzeń, które w co najmniej kilku przypadkach są spowodowane wyłącznie dziwnym zachowaniem Strefy. Anomalie, których nie sposób przebyć. Mutanty, których zabicie wiąże się z pozbyciem się większości drogocennej amunicji. A wreszcie także inni stalkerzy i bandyci, którzy chętnie przytulą artefakty zebrane w czasie twojej podróży. 

Scena z dziwnymi odgłosami z radia rodem z przeszłości wywołała u mnie ciarki na plecach. Takie smaczki tylko dodają uroku całej Zonie, nie bez kozery stalkerów fascynuje jej mrok, niedostępność i ta niesamowita adrenalina przy każdorazowej chodce. Aczkolwiek na miejscu bohaterów pewnie szybciej bym stamtąd uciekała niż rzucała mutrami.

Ile razy można wracać do Zony?!

Pełno teraz powieści rodem z Fabrycznej Zony. Jeśli ktoś zadaje pytanie ile można czytać ciągle tego samego, nigdy nie zatopił się w Strefie Wykluczenia i wyobraźni autorów, którzy tworzą jej bardziej surrealistyczną wersję. Wiemy jakie zniszczenia powoduje wybuch w obszarze reaktora jądrowego. Na przykładzie Czarnobyla doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, że to wywołuje nieodwracalne skutki w tkankach naszego organizmu. A autorzy piszący w tym uniwersum po prostu świetnie rozwinęli ten koncept. 

Stworzyli Zonę taką, w jakiej pragnęlibyśmy się znaleźć, ale może lepiej z Sołdatem i Skrętem u boku. Pociąga nas niebezpieczeństwo. Wiele osób odwiedziło Strefę Wykluczenia w Czarnobylu, choć teraz nie jest nawet w połowie tak niebezpieczna, jak Zona w książkach Haladyna. Co roku odwiedza jego Strefę powtórka z rozrywki. Rocznicowa emisja jest silniejsza niż zwykłe i zawsze zostawia po sobie wiele niespodzianek. A to urocze mutanty, a to cenne artefakty, kryjące się w groźnych anomaliach. Zona lubi też wprowadzać mętlik w igiełkach kompasu, zatem teraz idziesz na północ, ale wracać możesz również na północ. Czyli jesteś o krok od spotkania snorka i pseudopsów, jeśli nie zwracałeś uwagi na cechy charakterystyczne krajobrazu po drodze.

„W każdym razie Skręt nie uważał tego konkretnego przesądu za istotny. Twierdził wręcz, że w Strefie i tak nigdy nie wrócisz tą samą drogą, bo otoczenie zawsze się zmienia.” [s. 59]

 

 

 

Nowe przygody, starzy bohaterowie, czyli jak stworzyć postaci żyjące własnym życiem

Już po pierwszym tomie wiedziałam, że Sołdat żyje własnym życiem i wymknął się Haladynowi spod pióra, ale w tak niesamowicie pozytywny sposób! To nie jest postać stworzona na potrzeby powieści post-apokaliptycznej. To jest CZŁOWIEK Z KRWI I KOŚCI. Mimo że Krzysztof nie korzystał z żadnego rzeczywistego pierwowzoru, to mamy wrażenie, że lada chwila Sołdata spotkamy gdzieś za rogiem, w poszarpanym mundurze, rzucającego mutry przed siebie. I to jest piękne w „Na skraju strefy”.

Jeszcze lepszy jest fakt, że ta autentyczność bohaterów nie ogranicza się do Sołdata vel Dmitrija Petrenko. Oczywiście nie są one tak wyraziste jak on. Nie mamy prezentacji ich myśli w postaci monologów, musimy zadowolić się dialogami i wychwyceniem z nich ich najważniejszych cech osobowości. I to zupełnie wystarcza, aby mieć pełny obraz sytuacji i ludzi, którym przyszło razem podróżować po wyboistych ziemiach Zony. Po raz kolejny przychodzi nam zakochać się w błyskotliwości i nieśmiałości Bełta. Uśmiech sam wypływa na usta przy ociekających sarkazmem sentencjach Skręta. Udaje się odbiorcy nawet lepiej zrozumieć pobudki Wiery i jej zachowanie nie jest już tak irytujące jak wcześniej. I to piękne podkreślanie co chwila, jaka ona jest bycza i kogo by nie rozniosła, jest doprawdy, urocze.

„Oto skutki zakładów przy wódce, możesz skończyć w jednym bucie pod stacją kolejowa zagubioną gdzieś w Strefie.” [s. 120]

 

Mutant mutantowi nierówny

Otóż to! Okazuje się bowiem, że niektóre z nich da się nawet oswoić. Oczywiście nie będą do nich nigdy należeć zombiaki, biedne snorki czy ogromne chimery. Z prostych przyczyn. Zombie są zbyt głupie, aby cokolwiek rozumieć. Gdy z kolei stalker widzi snorka to jest mu po prostu tak bezbrzeżnie smutno, że nie byłby w stanie znieść jego widoku dłużej niż do czasu jego zabicia. A chimera, no cóż. To bydle po prostu jest głupie i zjada wszystko na swojej drodze. Takiemu stworowi strach byłoby zaufać. A nuż ma nie tylko rozdwojoną paszczę? Kto wie, może ma w sobie dwie osobowości, w dodatku wzajemnie się wykluczające? Badania nad chimerami to odległa przyszłość. Kto by chciał taszczyć takie truchło do obozu…

Wyobraźnia pracuje na pełnych obrotach podczas lektury „Na skraju strefy”. Dzięki plastycznym opisom, niepostrzeżenie, zamiast stron książki mamy przed sobą klatki filmu sensacyjnego. Tak było w tomie pierwszym, tak jest i w tomie drugim, w którym akcja jeszcze bardziej trzyma czytelnika w napięciu i oczekiwaniu na dalsze losy bohaterów. Rewelacyjnie dopełniają tego, oddające klimat Strefy, ilustracje autorstwa Rafała Szłapy obecne w środku książki.

„W Strefie, zupełnie jak na Dużej Ziemi, zawsze znajdzie się większa ryba, tyle że tutaj to raczej większy mutant.” [s. 286]

 

Specjalnie czytałam powoli, a i tak koniec książki to było tak dojmujące uczucie smutku, że aż nie chciało mi się recenzji pisać. Krzysztofie. Proszę następną zdecydowanie szybciej niż drugą. Nie godzi się tak. Zona Ci tego nie wybaczy.

Recenzję pierwszego tomu przygód Sołdata znajdziecie tutaj.

© Żukoteka - recenzje książek
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci