Menu

Żukoteka - recenzje książek

Żuk czyta książki

Z Mają Lidią Kossakowską o wykopaliskach, wspólnym pisaniu z mężem i kreacji Lucyfera

zukoteka

Maja Lidia Kossakowska - z wykształcenia archeolog, w duszy pisarka fantastyki. To drugie przyniosło jej wiernych fanów wśród polskich czytelników. Ostatnio nakładem Fabryki Słów ukazała się jej najnowsza powieść z anielskiego cyklu - "Bramy światłości".

 Maja Lidia Kossakowska Fabryka Słów Bramy Światłości

fot. Fabryka Słów

M.Z.: Czy mąż czyta Twoje książki? Albo Ty książki swojego męża?

M.L.K: No pewnie. Bardzo się cenimy nawzajem jako pisarze. Czytamy je po kawałku, kiedy powstają, czytamy później, gdy wychodzą w formie papierowej. Nie wyobrażam sobie, że mogłoby być inaczej.
 

M.Z.: Skąd czerpiesz pomysły na imiona swoich postaci?

M.L.K: Niektóre już mają imiona, wymyślone przed wielu wiekami. Jeśli pisze, opierając się na różnych mitologiach, wykorzystuję bóstwa, demony, istoty nadprzyrodzone, które ludzie dawno temu nazwali w swoich językach. W wypadku postaci całkowicie fikcyjnych imiona i nazwiska wymyślam tak, żeby dobrze brzmiały i pasowały do realiów. Zwykle nie mam z tym specjalnych kłopotów.
 

M.Z.: Czy fakt, że Twoje biurko jest zaraz koło okna nie jest rozpraszające podczas pisania?

M.L.K: Nie. Zawsze mam wtedy zaciągniętą firankę. Zresztą jak długo można się gapić na czereśnię. Jest śliczna i bardzo ją lubię, ale za oknem pełni podobną funkcję jak tapeta na komputerze. Praca bardzo wciąga i wkrótce nie widzę już nic, tylko dziejące się w powieści wydarzenia.
 

M.Z.: Bardzo podoba mi się to, co zrobiłaś z Lucyferem. Niosący Światło z rozdartą duszą, która ciągle pragnie przebaczenia ze strony Wielkiego Nieobecnego. A jednocześnie anioł tak bardzo pragnący wolności.

M.L.K: Jestem pewna, że Lucek wykorzystałby taką szansę i nie licząc się z konsekwencjami poszedł z wyprawą, w nadziei spotkania się ze Światłością. Zadawniony konflikt z Panem bardzo mu doskwiera. Mój Lampka jest wiecznie zbuntowany. Nie uznaje autorytetów, nawet tak potężnych i wszechwładnych jak Jasność. A równocześnie pragnie, żeby ktoś go wysłuchał, przyznał mu rację, zrozumiał motywację jego działań. Tymczasem jedyną odpowiedzią z góry jest głucha cisza. To największa kara dla Lucyfera, którego wymyśliłam i obdarzyłam takimi właśnie, a nie innymi cechami charakteru. Nie może nic wyjaśnić, nie może przedstawić swoich żalów ani pretensji, nie ma żadnego pola do dyskusji. Słowem, nie może się wygadać. To go bardzo męczy, frustruje i wkurza.

M.Z.: Nie boisz się, że zostałaś zaszufladkowana jako „ta od aniołów”?

M.L.K: Może i zostałam. Niestety, nie mam na to żadnego wpływu. Wiem jednak, że napisałam wiele powieści zupełnie odmiennych od tych z anielskiego uniwersum. Choćby „Upiora Południa”, który był strasznie trudny i wymagający literacko, „Rudą Sforę”, a obecnie „Takeshiego”, który tak naprawdę dopiero się rozkręca. To książki całkiem odmienne od „Siewcy”, traktujące o innych tematach, napisane innym językiem, inaczej poprowadzone warsztatowo. Są czytelnicy, którzy to doceniają, co bardzo mnie cieszy.
 

M.Z.: Czy planujecie z mężem napisanie wspólnej powieści?

M.L.K: Nie. To by się chyba nie dało zrobić. Owszem, kiedyś wymyśliliśmy wspólnie fajną historię, ale cały pomysł rozbił się o rafy warsztatowe. Kto ma usiąść przed klawiaturą? Kto napisać pierwsze i kolejne zdania? Żadne z nas nie ma pojęcia jak się pisze wspólnie, więc taki projekt zdecydowanie nas przerasta. Poza tym oboje przywiązujemy wielką wagę do swojej pracy, do języka, narracji, sposobu przedstawiania fabuły, a jednocześnie jesteśmy zupełnie odmienni jako literaci, zatem te dwa światy nie mają gdzie się ze sobą spotkać.
 

M.Z.: Czy pomagacie sobie podczas pisania? Czy raczej staracie się nie wchodzić sobie w paradę?

M.L.K: Pomagamy, ale tylko na wyraźne życzenie drugiej strony. Bywa, że któreś z nas zatnie się na jakiejś scenie lub ma wątpliwości w jaki sposób najlepiej ją poprowadzić. Wtedy pyta o radę. Często już samo ubranie problemu w słowa pozwala znaleźć rozwiązanie. Jeśli nie, rozmawiamy o danej scenie, podpowiadamy sobie pomysły, wymyślamy sztuczki. Nieważne, czy zostaną wykorzystane. Grunt, żeby przerwać impas, blokadę. Rozmowa bardzo w tym pomaga. Oczywiście, to nigdy nie dotyczy jakichś kluczowych dla powieści zagadnień. Fabułę, pointę, cały sens książki każde z nas wymyśla samo. Radzimy się siebie tylko w wypadku drobnych, ale istotnych scen.

M.Z.: Jak wygląda taki typowy dzień, kiedy obydwoje jesteście akurat w fazie tworzenia nowej książki?

M.L.K: Zwyczajnie. Budzimy się, karmimy koty, zjadamy śniadanie i siadamy do pracy. Potem znów karmimy koty, siadamy do pracy, karmimy, siadamy, a potem robi się wieczór lub późne popołudnie, kiedy odpoczywamy. Film, książka, kominek, koty na kolanach i tyle.
 

M.Z.: Poświęciłaś się pisarstwu, nie tęsknisz za archeologią w sensie wyjazdów na różne wykopaliska?

M.L.K: Tak naprawdę to nie. W obiegowej opinii, wykopaliska to wspaniałe doświadczenie, egzotyka, przygoda, obcowanie z tajemnicą i powiew dawnych wieków. Wszystko to prawda. Wcale nie przeczę. Ale także mnóstwo żmudnej, bardzo ciężkiej pracy. A klimat i warunki bytowania zazwyczaj są trudne i dalekie od komfortowych. Tak po prostu musi być, to zrozumiale, gdzieś na odludziu, z dala od cywilizacji, na odległym stanowisku archeologicznym. Jednak dla alergika na dłuższą metę to okropnie męczące.

 

M.Z.: Fascynuje mnie antropologia fizyczna, to kwestia zboczenia od nadmiarowego czytania medycyny sądowej Kathy Reichs. Czy masz książki, które potrafiły Cię tak zafascynować, że zaczęłaś drążyć dziedzinę, z której korzystają?

M.L.K: Naukowe czy popularnonaukowe? No pewnie. Przecież pierwszą taką fascynacją był dla mnie szamanizm. To się zaczęło, kiedy jeszcze uczyłam się w liceum. Wtedy pochłaniałem też mnóstwo książek dotyczących historii sztuki, bo sądziłam, że zdecyduję się na ten kierunek studiów. Archeologia jednak wygrała. I znów w moim pokoju pojawiły się sterty książek z tej dziedziny. Potem pojawiła się angelologia i kolejne grube tomy, w tym materiały źródłowe. Dużo tego było. Naprawdę. Ale ciekawe jak diabli. Ups, przepraszam. Anieli, chciałam powiedzieć. Nie można też zapomnieć o literaturze traktującej o historii magii, wróżbiarstwa, alchemii i mistyki, które też zaczęłam zgłębiać w liceum. Wiem, wiem, dyscypliny całkiem jak z Hogwartu. Ale uwielbiałam je i uwielbiam do dziś.

A przy okazji, wszystkie te przeczytane księgi okazały się bardzo przydatne w pracy literata. Z wiedzy zdobytej wtedy korzystam przecież do dziś.

Jednak, mimo że te pozycje czytałam z fascynacją i zapałem, nigdy nie zapewniły mi tak niesamowitych, potężnych i poruszających wrażeń jak lektura dobrej powieści. Beletrystyka rządzi. Raz przeczytanej powieści, prawdziwej, poruszającej, porywającej, często wstrząsającej powieści nie da się już od-przeczytać. Zapomnieć. Zostaje w pamięci niczym odcisk pieczęci. Piętno wypalone na umyśle. Porywa do innych krain, innego świata i zmienia człowieka raz na zawsze. Kształtuje go. Otwiera. Uwrażliwia na wiele istotnych rzeczy. Oczarowuje i pozostawia w zdumieniu i  zachwycie. A literatura faktu, moim zdaniem, tego nie potrafi.
 

Bardzo dziękuję Mai za poświęcenie czasu na rozmowę ze mną, a tym, którzy nie znają twórczości autorki, polecam najnowszą powieść - "Bramy światłości". Jej recenzję znajdziecie tutaj. 

© Żukoteka - recenzje książek
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci