Menu

Żukoteka - recenzje książek

Żuk czyta książki

[NOWOŚĆ] Świat Koniasza i Baklyego od podstaw czyli "Ostatni bierze wszystko" Miroslava Zambocha

zukoteka

Ostatni będą pierwszymi, mówili. Ale nikt nie wspominał, że aby to osiągnąć, trzeba zaprzedać duszę diabłu i pokonać samego siebie. W najnowszej książce Miroslav Zamboch zabiera nas w podróż do świata pełnego mocy, w którym władca Vegasz, największy Czarodziej na świecie, jest najbardziej pożądaną posadą w całym uniwersum. Smaczku dodaje fakt, że chwilowo jest wolna!

Miroslav Zamboch Ostatni bierze wszystko

fot. materiały Wydawnictwa Fabryka Słów

Tekuard przypadkiem staje się pretendentem do korony władcy Vegasz. Nigdy nie podejrzewał, że przyjdzie mu być na tym miejscu i przez całe życie nigdy się do tej roli nie przygotowywał. W przeciwieństwie do jego brata - Maxa, który od dziecka był uczony na wielkiego czarodzieja i miał do tego talent. Tragicznym zbiegiem okoliczności to Tekuard, nie znający się na magii i wolący prowadzić winnice niż rządzić, staje się celem wolnych łowów. Jedenaście klanów czarodziejów, co najmniej jedenaście różnych sposobów na uśmiercenie dziedzica korony. Czy uda mu się przeżyć i zostać władcą Vegasz?

Po świetnej "Wojnie absolutnej" miałam nadzieję na następną falę science fiction w wydaniu Miroslava Zambocha. Stało się inaczej, bo wróciłam po iluś latach przerwy do świata, w którym Koniasz wojował na Dzikim Zachodzie. Różnica polega na tym, że w "Ostatni bierze wszystko" wracamy do czasów sprzed Wielkiej Wojny, która wyniszczyła rody czarodziejów niemal do cna. Zagłębiamy się w powody, dla których wszystko potoczyło się takimi torami i sprawdzamy, czy były jeszcze jakieś inne możliwości. Historia opisana na tylnej stronie okładki to tylko fragment tego, co spotyka czytelnika z wizyty w tym ryzykownym świecie.

"Byłem jak budowniczy, który nie ma pojęcia o różnicach pomiędzy kamieniem, drewnem, wypalaną lub niewypalaną cegłą, granitem a piaskowcem, jesionem a lipą." [s. 89]

Trzy części - trzy historie

"Ostatni bierze wszystko" to spójna historia świata, która jednak mieści w sobie trzy mniejsze kawałki z różnymi bohaterami w rolach głównych. I nie, nie jest to wcale nielogiczne, a raczej jest to celowy przeskok czasowy, aby nie zanudzić czytelnika. Najdłuższa część "Długi sprint" spokojnie mogłaby być bardziej rozbudowana,  do wymiarów osobnej powieści. Niemniej czasem po prostu nie warto brnąć w długość, lecz jakość.

"Długi sprint" to przede wszystkim historia Tekuarda i jego prób przeżycia wolnych łowów i zdecydowanie główna warstwa fabularna, która spaja wszystkie trzy części. Tutaj poznajemy historię rodziny wielkiego czarodzieja. Dowiadujemy się wielu istotnych faktów metodą dedukcji bardziej niż magii. Samo miasto, Vegasz, mogłoby być lepiej opisane. Póki co nadal funkcjonuje w mojej głowie jako labirynt, z którego ciężko się wydostać. Generujące w dodatku zadziwiającą ilość trupów każdej nocy.

"Pokłosie" jest kontynuacją "Długiego sprintu" mającą miejsce jakiś czas później. Najkrótsza część, w której autor skondensował wizję świata po koronacji nowego władcy Vegasz. To w tym opowiadaniu możemy zobaczyć, jakie konsekwencje miały wybory wielkiego czarodzieja i jaki to miało wpływ na mieszkańców Kontynentu. Ogromny plus za przedstawienie ożywieńców i podszycie tego krótkiego fragmentu zgrabną intrygą.

"Ostatni bierze wszystko" to historia, w której dla mnie ten ostatni był znany od samego początku, ale może dlatego, że już trochę znam twórczość Miroslava Zambocha i jakoś intuicyjnie podeszłam do tematu. Nie jest to bowiem tak oczywiste, kto w tej części będzie tym, który zgarnie wolność. A historia zaczyna się oczywiście od...tortur.

Gdy magia staje się twoim przekleństwem

U Zambocha fantasy to przede wszystkim ludzie. To ludzie i magia, do której niektórzy mają dar, a która potrafi zapewnić im wiele dodatkowych lat życia, niezwykłą inteligencję czy skuteczność w zabijaniu. Ta fantastyka to także skuteczna szermierka i gildie asasynów, co może zachęcić do jego twórczości fanów Brenta Weeksa. Tekuard bardzo przypominał mi Merkuriusza, a Zephyr Durzo Blinta z "Drogi cienia".

Oczarowały mnie sceny z klejnotem, gdzie Tekuard, odnajdując kryształ swojego brata, przenosił się do innego miejsca tylko za pomocą jego dotknięcia. Kolejnym smaczkiem były kanałowe szczury, które u Zambocha są mieszanką wydry i psa i były niesamowicie niebezpieczne dla każdego, kto próbował oszukać ich właścicieli. Fenomenalnie brzmi hipnoza, którą można stosować na Kontynencie, a której potęgę posiadło niewielu. Najlepsi mogą używać jej do leczenia, kształtowania myśli i ciała innych osób - piękna sprawa!

Zamboch preferuje pierwszoosobową narrację i bardzo dobrze to działa w jego książkach. Nie mamy przesytu monologów nad dialogami, a postaci główne tworzy w sposób kompleksowy. W przypadku Tekuarda nie było inaczej, mimo iż czasem miałam wrażenie, że dostał zbyt dużo cech charakteru. Z jednej strony empatyczny, co w jego świecie jest jeszcze mocniej akcentowane niż w naszej rzeczywistości. Z drugiej umie skutecznie zadawać ból i nie boi się tego robić. Nienawidzi magii, ale i tak cały czas wkrada się ona w jego życie, choć ten zabieg akurat jest potrzebny do warstwy fabularnej.

Tekuard uczył się w ekspresowym tempie, a wielokrotnie było akcentowane, że to raczej Max był tym asem w rękawie ojca i to on był we wszystkim lepszy. Ten nagły kontrast, który zauważycie w pewnym momencie, trochę wybił mnie z rytmu - po Tekuardzie spodziewałam się raczej ciepłych kluch z zacięciem asasyna niż tego, jakim stworzył go autor.

Oprócz Tekuarda, podobnie jak w przypadku Koniasza i Baklyego, nie mamy bardzo wyrazistych postaci drugoplanowych. Są one zakreślone w sposób prawidłowy. Postrzegamy ich jako byty z określonym zbiorem cech, które ujawnia nam autor przez myśli Tekuarda, ale nie mają one takiej siły przebicia, jak to ma miejsce w innych powieściach fantastycznych. Skupiamy się na głównym bohaterze, co wcale nie jest takie złe w przypadku tych książek.

Zamboch mistrzem scen torturowania

Nie każdy ma kodeks honorowy i postępuje w zgodzie ze swoim sumieniem, oj nie. Mistrzów małodobrych na Kontynencie jest sporo, chociaż niektóre jednostki potrafią być odporne na tortury. W "Ostatni bierze wszystko" mamy trochę scen, które szczegółowo opisują wyrządzone komuś podczas tortur krzywdy. Mamy przepiękną scenę, która mogłaby wyjść rodem z "Milczenia owiec", ale jest opisana w bardziej pobudzający wyobraźnię sposób.

Zamboch ma po prostu w małym paluszku wpływanie na wszystkie zmysły czytelnika. Nie ma znaczenia, czy czytałam Koniasza, czy najnowszą powieść. W każdej niemal czuło się metaliczny posmak krwi i jej mdły zapach. Razem z bohaterami kroczyło się pośród trupów i kilkudniowego rozkładu. Dzięki plastycznym opisom większość scen można sobie bardzo szczegółowo wyobrazić i docenią to wszyscy fani grozy i horroru w książkach fantastycznych. 

 

Podsumowując, jeśli nie znacie Miroslava Zambocha, to nawet lepiej zacząć od właśnie tej nowości - "Ostatni bierze wszystko". Czytanie później przygód zabójcy z kodeksem honoru, jakim jest Koniasz, może być nawet prostsze i przyjemniejsze. Natomiast dla fanów Zambocha to też będzie nie lada gratka, bo nie stracił on nic z efektowności i trzyma literacki poziom bardzo dobrego fantasy. 

Tutaj możecie przeczytać fragment powieści.

A już niedługo wywiad z Miroslavem Zambochem!

 Jeśli nie przekonuje Was fantasy, to macie do wybory świetne sci-fi w wykonaniu Miroslava Zambocha - "Wojnę absolutną".

© Żukoteka - recenzje książek
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci